19 godzin pociągiem z Przemyśla do Frankfurtu za 48 zł - i wiem, że to najlepszy sposób, by najeść się Europy po drodze
Leo Express rusza z Polski z jedną z najdłuższych tras kolejowych w Europie. Sprawdzam, dlaczego 19 godzin w pociągu to dla mnie nie strata czasu, ale najlepsza kulinarna trasa przez pół kontynentu.
Bilet za 48 zł na trasie Przemyśl – Frankfurt nad Menem to nie żart, tylko oferta startowa Leo Express, który od 31 lipca kursuje na całej tej trasie. Podróż trwa około 19 godzin, przecina pół Polski i sporą część Niemiec, a dla mnie oznacza jedno: kilkanaście godzin, w które da się wpleść więcej smaków niż w niejeden tydzień urlopu.
Dlaczego 19 godzin to dla mnie zaleta, nie wada
Wiem, jak to brzmi. W czasach, gdy tanie linie dowożą nas do Włoch w dwie godziny, dobrowolne wsiadanie do pociągu na dłużej niż podróż transatlantycka wygląda na fanaberię. A jednak coraz częściej wybieram szynę.

Samolot skraca dystans, ale kasuje całą drogę pomiędzy. Wysiadam w innej rzeczywistości, bez pojęcia, przez co przeleciałem. Pociąg robi coś odwrotnego – rozciąga podróż tak, że mam czas ją posmakować. Dosłownie.
Przemyśl to nie przypadkowy początek. To miasto pogranicza, gdzie kuchnia galicyjska miesza się z ukraińską i żydowską. Zanim w ogóle wsiądę, jem tam porządny zestaw pierogów i coś słodkiego na drogę. Bo pierwsza zasada długiej trasy brzmi: nie wyruszaj głodny.
Peron jako stół – jak jem po drodze
W pociągu bufet bywa loterią, więc traktuję każdy dłuższy postój jak małą wyprawę na targ. Nie zmyślam menu wagonu restauracyjnego, bo nie znam jego aktualnej karty – ale znam za to logikę peronów.
Na polskich stacjach kupuję to, co lokalne i trwałe w plecaku: kawałek sera, wędlinę, bułkę, owoce. Im dalej na zachód, tym bardziej zmienia się zawartość kiosków i piekarni przy dworcach. Gdzieś zamiast drożdżówki pojawia się precel, gdzieś kawa robi się mocniejsza i mniejsza.
To właśnie ta zmiana jest dla mnie sensem trasy. W samolocie granica smaków jest ostra jak cięcie nożem – był barszcz, jest pizza. W pociągu ta granica się rozmywa. Widzę, jak jedna kuchnia przechodzi w drugą, kilometr po kilometrze, postój po postoju.
Frankfurt nagradza cierpliwych
Frankfurt nad Menem uchodzi za miasto banków i przesiadek, którego nikt nie odwiedza dla przyjemności. Uważam, że to krzywda. To także miasto z własnym, mocnym charakterem kulinarnym.

Kojarzy się z nim Apfelwein – lokalny cydr jabłkowy, wytrawny i cierpki, podawany w charakterystycznym żłobkowanym kieliszku. Do tego zielony sos, ziołowa specjalność regionu, i solidna, bez fajerwerków, kuchnia mieszczańska. Po 19 godzinach w wagonie taki posiłek smakuje jak nagroda za wytrwałość.
I tu dochodzę do sedna. Gdybym przyleciał, potraktowałbym Frankfurt jak przystanek. Przyjeżdżając pociągiem po całym dniu drogi, docieram tam głodny w dobrym tego słowa znaczeniu – z apetytem, który zdążył dojrzeć.
Kolej wraca, i dobrze
Warto odnotować, że to połączenie nie powstało łatwo. Przez ostatni miesiąc pasażerowie na polskim odcinku jeździli komunikacją zastępczą, bo PKP Intercity próbowało zablokować to połączenie przez tak zwane badanie równowagi ekonomicznej. Od końca lipca pociąg jednak jedzie całą trasą.
Kibicuję temu z egoistycznego powodu. Każde nowe długodystansowe połączenie kolejowe to dla mnie nowa nitka smaków do przejechania – i kolejny argument, żeby nie wybierać automatycznie samolotu.
Nie namawiam, żeby porzucić latanie. Namawiam, żeby raz na jakiś czas dać sobie te 19 godzin i zjeść Europę tak, jak się ją mija – powoli, z okna, z peronu, z kieliszka cydru na końcu. Bo najlepsze dania w mojej podróżniczej pamięci nie były te najszybciej podane, tylko te, na które musiałem dojechać.


