Morze zniknęło z chorwackiej zatoki w kilka sekund - i właśnie dlatego kocham Adriatyk poza sezonem
Zjawisko, które osadziło jachty na mieliźnie, nazywa się seszą. Nie jest groźne dla turysty, ale zmienia sposób, w jaki patrzę na wakacje w Chorwacji.
Jeśli szukasz szybkiej odpowiedzi: to, co wydarzyło się na chorwackich wyspach, to sesza – kołysanie się poziomu wody w zamkniętej zatoce, wywołane zmianami ciśnienia i wiatrem. Nie ma nic wspólnego z tsunami po trzęsieniu ziemi i dla turysty nie jest niebezpieczne. Woda po prostu na chwilę odpływa i wraca.
Zdjęcia osiadłych na dnie łodzi obiegły sieć, ale mnie nie przeraziły. Przeciwnie – przypomniały, dlaczego wracam nad Adriatyk wtedy, gdy inni już spakowali walizki.
Wrzesień smakuje inaczej
Latem chorwackie promenady to ściana ludzi i ceny, które podnoszą ciśnienie bardziej niż jakakolwiek sesza. We wrześniu morze jest wciąż ciepłe, a konoby wolniejsze – kelner ma czas polecić świeżą rybę z rusztu i lokalną malvazję zamiast turystycznego menu.
To wtedy Istria i wyspy pokazują prawdziwą twarz. Zamiast tłoku – zapach smażonych sardeli, oliwa z okolicznych gajów, prošek do deseru.
Sesza mija w kilka minut. Sezonowy tłum – dopiero po miesiącach. Wiem, którego zjawiska naprawdę wolę unikać.


