Najgorszą pamiątką z wakacji jest ta, której nie widać w walizce
Amerykanie masowo chorują na wakacyjną biegunkę, choć nigdzie nie wyjechali. To dla mnie sygnał, że o higienie w podróży myślimy dokładnie odwrotnie.
Zaskoczył mnie ten news z USA: patogen kojarzony z egzotycznymi wakacjami dopada ludzi, którzy nigdzie nie ruszyli. To znaczy, że coś, co uznawaliśmy za „chorobę turysty”, zadomowiło się na miejscu.
Dla mnie to lekcja o tym, jak fałszywie myślimy o jedzeniu w drodze. Bo najczęściej boimy się nie tego, co trzeba.
Boimy się nie tego, czego trzeba
Panicznie omijam uliczny stragan z rybą, a potem bez wahania biorę kostkę lodu do drinka i sałatkę płukaną w kranówce. Tymczasem to woda, lód i surowe warzywa są najczęstszym problemem, nie gorące danie z patelni na oczach klienta.
Przez lata trzymam się kilku prostych zasad. Piję tylko wodę butelkowaną albo przegotowaną. Owoce jem te, które sam obiorę. Wybieram budki z kolejką miejscowych, bo duży obrót to świeży towar.
Gorące, dymiące, świeżo usmażone – to moje trzy słowa klucze. Wystudzony bufet all inclusive potrafi być groźniejszy niż najbardziej zatłoczony bazar.
Ta amerykańska historia przypomina mi jednak rzecz najważniejszą: mikroby nie potrzebują paszportu. Czasem najbrudniejsza kuchnia jest tuż za rogiem, a nie na drugim końcu świata.


