Prowansja bez lawendy: dlaczego artyści jadą do brudnej, taniej Marsylii
Zapomnij o pocztówkowych polach lawendy – prawdziwa, kreatywna Prowansja tętni w portowej Marsylii i jej okolicach.
Lawenda, cykady, słońce na okiennicach koloru ochry – tak sprzedaje się Prowansję. Tymczasem malarka Fanny Nushka, którą spotkasz na tarasie kawiarni w Marsylii, powie ci coś przewrotnego: malowanie Calanques, tych słynnych wapiennych zatok, jest dla tutejszego artysty tak ryzykowne jak malowanie wieży Eiffla w Paryżu. Zbyt oczywiste. Zbyt ładne. Pułapka pocztówki.
I tu zaczyna się prawdziwa Prowansja – ta, której nie znajdziesz w katalogach biur podróży. Artyści ściągają tu nie po widoki, lecz po prozaiczny powód: jest taniej. To właśnie dostępność cenowa Marsylii pozwala jednym malować na pełny etat, a innym żeglować, nie znikając z domu na tygodnie.
Marsylia: chaos, który działa
Portowe miasto, które przez lata miało złą prasę, przeżywa swoją chwilę. Punktem zwrotnym był rok 2013, kiedy Marsylia została Europejską Stolicą Kultury. Od tamtej pory instytucje takie jak Mucem – Muzeum Cywilizacji Europy i Śródziemnomorza – rozdęły miejscową ofertę do rozmiarów, o jakich wcześniej nikt tu nie marzył. Tego lata Mucem pokazuje między innymi fascynującą pracę Clémenta Cogitore o ulotnej wulkanicznej wyspie, która pojawiła się na Morzu Śródziemnym tylko na chwilę.
Ale serce tej sceny bije gdzie indziej. La Friche La Belle de Mai – dawna fabryka tytoniu, dziś rozległe, wielofunkcyjne centrum sztuki – jest emblematem marsylskiego ducha: kompletny chaos, który jakimś cudem trzyma się kupy. Latem na dachu rozstawiają ekran kinowy i food trucki. Pod koniec sierpnia odbędzie się tu targ sztuki Art-O-Rama. Jeśli szukasz wygładzonej, muzealnej ciszy, to nie tutaj. Jeśli szukasz energii – trafiłeś.
Inny sposób, by poczuć to morze: rejs łodzią żaglową po dziewiczych zatokach wokół miasta, z kąpielą, snorkelingiem i lunchem przygotowanym na pokładzie, do tego kieliszek wina. Orientacyjnie liczy się to w okolicach 135 euro od osoby, ale aktualne ceny i terminy sprawdź przed wyjazdem – sezon i pogoda robią swoje.
Aix: inny wszechświat, czterdzieści minut dalej
Wsiądź do pociągu i po niespełna czterdziestu minutach wylądujesz w Aix-en-Provence – mieście, które jest dosłownym przeciwieństwem portowej Marsylii. Tu nie ma tej surowej, miejskiej szorstkości. Jest za to codzienny targ na Place Richelme, gdzie warto złapać kawę i, jeśli dopisze szczęście, miejsce na zewnątrz przy cukierni i salonie herbacianym Maison Weibel.
Na lunch szukaj knajpki Drôle d’Endroit, ukrytej w bocznej uliczce – łatwo ją przegapić, ale jedzenie zawsze cieszy, a atmosfera jest swojska. Dobrym wyborem jest też Tita z lewantyńskim street foodem. A z rzeczy obowiązkowych dla miłośnika sztuki: Fundacja Vasarely’ego, świątynia op-artu, gdzie geometria i kolor potrafią wprawić w lekki zawrót głowy. Mniej oczywisty, a urokliwy, jest ośrodek sztuki Gallifet.
Cała kraina jako jeden szlak
Marsylia, Aix, Awinion i Arles tworzą razem coś w rodzaju kulturalnego trójkąta – albo raczej czworokąta – który latem zamienia się w festiwalowy ciąg. Arles to mekka fotografii. Awinion – teatru. Jeśli planujesz podróż, warto poszukać wydawanych przez sieci galerii przewodników z gotowymi trasami, które prowadzą między mniejszymi ośrodkami sztuki rozsianymi między Monako a Montpellier. To one prowadzą do miejsc, których nie znajdziesz w głównym nurcie.
Bo prawda o Prowansji jest taka: ta najpiękniejsza, pocztówkowa wersja jest najmniej ciekawa. Prawdziwe życie – i prawdziwa sztuka – dzieje się w portowych zaułkach, w dawnej fabryce tytoniu, na targowej ławce z kawą w dłoni. Przyjedź po lawendę, jeśli musisz. Ale zostań po to, co kryje się dalej.


