Setki kibiców w 40-stopniowym upale na Tour de France - i wiem, że jadą tam głównie dla jednego darmowego smaku
Francuska kultura kibicowania na Tour de France to nie tylko kolarze mknący 70 km/h. To pretekst do pikniku przy szosie – i przekonałem się, że to on jest prawdziwym daniem tego wyścigu.
Uważam, że Tour de France to najbardziej niedoceniana impreza kulinarna Europy. Nie pada tam ani jeden talerz na stole – a mimo to jem najlepiej w całym roku podróży.
Przypomniał mi o tym reportaż z 4. etapu tegorocznej edycji, z trasy z Carcassonne do Foix. Setki ludzi czekają w 40-stopniowym upale, żeby przez trzy sekundy zobaczyć peleton pędzący 70 km/h. Trzy sekundy. Reszta dnia to coś zupełnie innego.
Peleton mija w trzy sekundy, piknik trwa osiem godzin
Bo prawda jest taka, że nikt nie jedzie pod górę pod Foix po sportowe emocje w czystej postaci. Ludzie przyjeżdżają dzień wcześniej, rozstawiają kempingowe krzesła, wyciągają chłodziarki. I zaczyna się to, co Francuzi robią lepiej niż ktokolwiek: jedzenie na trawie, przy drodze, bez pośpiechu.
Widziałem to na własne oczy na innym etapie kilka lat temu. Bagietka, plaster pasztetu, kawałek sera z lokalnej mleczarni, butelka wina schowana w mokrej ścierce. Sąsiad z kocem obok częstuje domową rillette, bo tak wypada. To nie jest catering. To region na talerzu z papieru.
Na południu Francji, tam gdzie biegła ta trasa, oznacza to konkretne smaki: cassoulet z Castelnaudary, kozie sery z Pirenejów, saucisson suszony na słońcu. Kibic Tour de France zjada mapę gastronomiczną etapu, zanim jeszcze zobaczy pierwszego kolarza.
Co zrobić, żeby to przeżyć, a nie tylko obejrzeć
Jeśli kiedyś pojedziecie na Tour, mam jedną radę wartą więcej niż miejsce na mecie. Nie stawajcie w centrum miasta startowego, gdzie ceny idą w górę i tłok jest największy. Wjedźcie na podjazd, gdzie peleton zwalnia, a kibice zostają na dłużej.
Kupcie prowiant rano na miejscowym targu, nie w sieciówce przy autostradzie. Weźcie coś na wymianę – bo francuski piknik przy szosie działa na zasadzie wzajemności. I przyjedźcie kilka godzin wcześniej, bo caravane publicitaire, kolorowy korowód sponsorów, rozrzuca gadżety i przekąski, zanim nadjedą rowery.
Dziwi mnie, że tyle osób ogląda ten wyścig wyłącznie w telewizji, licząc sekundy na finiszu. Bo cała soczystość Tour de France dzieje się między etapami, na kocu, z serem topniejącym w upale. Kolarze przejadą i znikną – a smak tamtego popołudnia zostaje na długo.


