Przejdź do treści
Inspiracje

Znika kolejka na granicy Gibraltaru po 118 latach - i właśnie dlatego wracam tam na calentita

Koniec kontroli między Gibraltarem a Hiszpanią to nie tylko koniec kolejek. To szansa, żeby wreszcie zjeść na tej skale coś więcej niż fish and chips.

2 min czytania
szlakismak

Gibraltar zawsze traktowałem jak przystanek techniczny między Malagą a plażami Costa del Sol. Teraz, gdy po 118 latach znika kontrola graniczna z Hiszpanią, przestaję myśleć o kolejce, a zaczynam o talerzu.

Bo przez lata to właśnie granica psuła tu wszystko. Stałem w niej godzinę, żeby zobaczyć małpy i kupić tanią whisky, a potem uciekałem z powrotem do La Línea na kolację. Teraz, kiedy przejście ma działać płynnie, warto zostać na skale dłużej – i dojeść.

Znika kolejka na granicy Gibraltaru po 118 latach - i właśnie dlatego wracam tam na calentita

Co naprawdę smakuje na tej skale

Gibraltar to kuchnia, której nikt się nie spodziewa. Wieki między Hiszpanią, Wielką Brytanią, Genuą i Marokiem zostawiły tu jedno danie, które uważam za bohatera tego miejsca: calentitę. To pieczony placek z mąki z ciecierzycy, coś między farinatą a omletem, chrupiący z wierzchu, miękki w środku. Sprzedają go na wagę, jada się na ciepło, na stojąco, i to jest chyba najbardziej gibraltarska rzecz, jaką znam.

Do tego rosto – makaron w sosie pomidorowym z genueńskim rodowodem, i panissa, kuzynka calentity w formie smażonych paluszków. Widać w tym Włochów, którzy przypłynęli tu w XIX wieku. Nikt tego nie nazwie kuchnią wysoką, ale ja właśnie takie miejsca lubię najbardziej.

Prawda jest brutalna: większość turystów je tu fish and chips w pubie na Main Street, bo tak wypada w brytyjskim zakątku. I traci to, co najciekawsze. Angielskie pije się tu piwo, ale je się śródziemnomorsko.

Znika kolejka na granicy Gibraltaru po 118 latach - i właśnie dlatego wracam tam na calentita

Dlaczego teraz to ma znaczenie

Zniknięcie kontroli zmienia logistykę podróży. Do tej pory kalkulacja była prosta: nocujesz taniej po hiszpańskiej stronie, w La Línea, a na skałę wpadasz na kilka godzin. Kolejka wymuszała pośpiech.

Bez niej można zaplanować dzień inaczej. Rano wjazd kolejką linową na szczyt do małp berberyjskich, potem zejście do dzielnicy z jaskiniami, a wieczorem spokojna kolacja bez patrzenia na zegarek i graniczników.

Uważam, że to właśnie takie ciche zmiany na mapie robią największą różnicę dla podróżnika. Nie nowe lotnisko, nie kolejny resort, tylko zniknięcie jednej bariery, która zmieniała miejsce w przystanek. Wracam na skałę, ale tym razem po talerz calentity, nie po zdjęcie z małpą.

Mapa serwisu Cała Europa i Polska w jednym miejscu.